A A A

Czy Berlin znalazł się w pułapce euro?

 

WSWO  16/07/2012

Stanisław Styczyński

 

Cytując artykuł Piotra Gabryela w Tygodniku UważamRze z 15-07-2012 wydaje się, że tak właśnie się dzieje z naszym zachodnim sąsiadem.

 

„Z jednej strony Niemcy dzięki słabemu i słabnącemu euro bardzo dużo zyskują. To przecież właśnie kiepsko sobie radzący unijny pieniądz jest dziś lokomotywą niemieckiego eksportu, którego sukcesy napędzają całą niemiecką gospodarkę i leżą u podstaw niezwykle szybkiego wzrostu w ostatnich latach. Tak szybkiego, że nienotowanego przez niemiecką gospodarkę – hamowaną wcześniej przez bardzo silną markę – od kilku dekad” – zauważa dziennikarz , a dalej dowodzi i analizuje.

 

„Gdy w latach 2008–2011 gospodarki grecka, irlandzka i portugalska straciły po ponad 300 tys. miejsc pracy, gdy gospodarka włoska pozbyła się ich ponad 450 tys., a hiszpańska – ponad 2 mln, gospodarka niemiecka wzbogaciła się – w tym samym czasie – o ponad 1,2 mln miejsc pracy. A w ślad za tymi nowymi miejscami pracy szerokim strumieniem płynie do Niemiec bogactwo, wysysane między innymi z pozostałych państw strefy euro, choć nie tylko z nich. Niemcy się więc na potęgę bogacą, a peryferia eurolandu: Irlandia, Portugalia, Grecja, Hiszpania – też na potęgę – biednieją Niemcy oczywiście cieszą się z koniunktury i zapotrzebowania na ich towary i usługi. Bo kto by się nie cieszył? Ale też nie kryją obaw, jak ta przygoda z niemiecką piramidą finansową się zakończy. Góra długów wygenerowana w strefie euro może przecież któregoś dnia przygnieść także ich banki, a te – całą gospodarkę.

 

A przy tym wszystkim przeciętni, ale także ci nieprzeciętni Niemcy nie dostrzegają – albo za żadne skarby świata nie chcą przyznać, że dostrzegają – ścisłego związku między ich nadzwyczaj ostatnio szybkim tempem bogacenia się a nadzwyczaj ostatnio szybkim tempem ubożenia narodów peryferii eurolandu. Ale za to pięć razy liczą, a dziesięć razy wypominają każdego eurocenta, którego wydają na wsparcie biedniejących państw ze strefy euro.

 

I oczywiście trudno się z tego powodu dziwić Niemcom, taka przecież jest natura ludzi. Nie sposób też od nich wymagać, żeby byli uprzejmi wreszcie policzyć, ileż to razy więcej (a niemało, oj, niemało!) zarobili na słabym euro w stosunku do tego, ile wydali na wsparcie tych krajów, które z kolei na sytuacji w eurolandzie straciły i nadal potężnie tracą.

 

Ale za to Niemcy zapewne dobrze wiedzą, może nie wszyscy, ale ci nieprzeciętni z całą pewnością, co by się stało z rozpędzonym eksportem ich kraju, a za jego sprawą – z całą szybko rozwijającą się gospodarką Niemiec, gdyby słabe euro na powrót zastąpiła mocna marka. O ile wolniej rósłby PKB, a więc poziom życia Niemców, i jak znacznie wzrosłoby bezrobocie”.

 

Stała korespondentka z Berlina dla Gazety Polskiej – Bettina Roehl w numerze 27 z 4 lipca pisze:

„Kanclerz Angela Merkel i jej minister finansów z mniejszą lub większą otwartością opowiadają o Zjednoczonych Stanach Europy, o nowym organizmie, który musi powstać by uratować ginące euro”.

 

Tylko na razie nadal zagadką pozostaje rozwój sytuacji w momencie postępującego kryzysu w coraz potężniej zadłużonych krajach Europy i na tym tle Polski.