A A A

O pożytkach z Europy

 

Marcin Wolski

Gazeta Polska Nr 14

03/04/2013

 

Podobno marzeniem premiera Tuska jest znaleźć się w Księdze rekordów Guinnessa (w kategorii rekordzisty na niwie ekonomicznego absurdu).  Tylko w ten sposób można wytłumaczyć gorączkowe zabiegi, mające na celu wejście do klubu samobójców, jakim dla słabszych gospodarek okazuje się strefa euro. Nawet noblista Paul Krugman uważa takie działania za szczyt głupoty.

 

Cała nadzieja, że się nie uda. Tylko brak euro, słabo rozwinięty rynek kredytowy i niedające się zniszczyć rolnictwo chronią nas przed kryzysowym tsunami.

W ogóle gdyby tak zrobić bilans naszych zysków i strat wywołanych wejściem do Unii, wynik byłby zastanawiający – owszem, dostaliśmy kupę pieniędzy, ale tylko w niewielkim stopniu zasiliły one naszą gospodarkę. Nikt nie policzył, jaka część kwot przeznaczonych na autostrady i stadiony zmaterializowała się w prywatnych kieszeniach. Ile obciążył nas wkład własny? Ile forsy wyprowadziły z powrotem na Zachód standardy unijne w ekologii? Jaki procent kasy wrócił z powrotem do głównego płatnika – Niemiec? Podejrzewam, że kłopoty krajów Południa polegały na tym, że podobne pieniążki nie dość szybko chciały wracać.

 

Rolnikom, owszem, kapnęło z dopłat bezpośrednich, ale wolę nie myśleć, jak polska wieś mogłaby się rozwijać bez barier celnych, podbijając Europę konkurencyjnymi cenami i zdrową żywnością. Przyszłym historykom pozostawiam zrobienie bilansu w sferze demografii. Emigracja dounijna, w połączeniu ze zmniejszeniem dzietności, już dziś tworzy wyrwę porównywalną z wojną światową. Tyle że ta kosiła równiej, nie tylko młodych i przedsiębiorczych. Nieprzypadkowo też po wejściu do Unii podniosło u nas łeb tęczowe lewactwo, przy którym formacja Leszka Millera to wręcz klub liberalno-konserwatywny.

 

Obłęd o nazwie gender szturmuje nasze szkoły, bo uczelnie już chyba zdobył. Jakże naiwni bylibyśmy, dołączając do Zachodu z przekonaniem, że bogaci myślą Jana Pawła II i doświadczeniem komuny będziemy rechrystianizować Stary Kontynent. Będą to musieli zrobić za nas Latynosi. A i tak ostatnie słowo należeć będzie pewnie do Arabów.

 

Postęp ekonomiczny dokonywał się – i owszem – w cenach, nie w płacach. Sytuacja, w której nic w Polsce nie należy do Polaków, bliska jest ideału. Stocznie zamknięte, kopalnie niedługo nam zamkną, banki, fabryki, supermarkety są w obcych rękach, w bezrobociu dogoniliśmy Hiszpanię, w korupcji – Włochy...

 

Przed laty, za komuny, żartowaliśmy, że najbardziej pokojowym i neutralnym krajem jest Czechosłowacja – bo nie ingeruje nawet w swoje własne sprawy. Teraz jesteśmy lepsi. Można nam zabić prezydenta, a my powiemy jeszcze ustami „autorytetu moralnego”: „Spasibo”. A Europa w ogóle nie zareaguje. Zareaguje dopiero, kiedy spróbujemy urwać się jej ze smyczy – bo ciągle jeszcze możemy. A bynajmniej trochę ją rozciągnąć.

 

A co do pomysłów pana premiera dołączenia do klubu przyszłych bankrutów. Są dwie optyki – publiczna i prywatna.  Patrząc zgodnie z pierwszą, to faktycznie samobójstwo. Ale z drugą... W 1989  r. śmiano się  z Urbana, że wstępuje do upadającego PZPR po sezonie. A przecież z własnej perspektywy miał rację – zapisał się przecież nie do partii, lecz do towarzystwa biznesowego!